Każde japońskie spotkanie towarzyskie ma swoje zasady, do których muszą dostosować się zarówno goście, jak i gospodarze. O tym, że tradycyjna japońska gościnność wywodzi się z filozofii ichigo-ichie (jeden czas – jedno spotkanie), według której raz przeżyte chwile już nigdy nie wrócą, dowiaduję się w jednej z herbaciarni w Kamakurze niedaleko Tokio. Odświętnie ubrani Japończycy spotykają się w niej na ceremonii parzenia herbaty.
Wchodzę tam przez przypadek, idąc za ubranymi w kimona Japonkami, i nieoczekiwanie zostaję zaproszony na towarzyskie spotkanie. A wszystko pod okiem ducha gościnności omotenashi. – To on sprawia, że zadowoleni goście to radość dla gospodarza – tłumaczy mi Japonka spotkana w herbaciarni. Przy okazji picia herbaty dowiaduję się, iż najważniejsze jest to, by goście przyszli bez oczekiwań, na nic się nie szykowali, tak by myśli nie zepsuły spotkania. Powinni natomiast zabrać ze sobą prezent dla gospodarza zawinięty w chustę furoshiki.
– To piękna japońska tradycja, która odradza się po latach popularności plastikowych toreb i papierowych opakowań – tłumaczy Japończyk Ryotaro Sakamoto, do którego udałem się na lekcję pakowania prezentów.
Wzór chusty oraz sposób zawijania zależy od okazji. Prezenty ślubne są w krzykliwych kolorach. Kiedy dajemy podarek z okazji narodzin dziecka, dobrze jeśli jest on we wzorze liści lnu, który rośnie prosto i szybko, tak jakbyśmy życzyli tego dziecku osoby obdarowywanej.
Najpopularniejszym wzorem używanym na chustach jest tzw. „karakusa” – motyw roślinny przypominający winorośl, której nieskończone sploty oraz siła życiowa stanowiły symbol długiego życia.
Pamiętaj:
W Japonii prezenty nie mogą być za drogie – inaczej przytłoczą obdarowanego. nie mogą być wyrazem naszego przechwalania się i zawierać pechowych cyfr 4 i 9.
Jak zapakować pudełko w chustę:
Ważne jest, która poła chusty – lewa czy prawa, znajduje się na wierzchu, patrząc na furoshiki od góry. Jeśli jest to prawa poła, wówczas prezent jest zapakowany na radosną okazję, w przeciwnym ułożeniu – na smutną.
Tekst ukazał się w National Geographic Traveler nr 6/2014