Plan był prosty. W sześć dni przejechać kraj, czym się da: samolotem, autobusem i na koniec rikszą. Zaczynając od Limy, dotrzeć kolejno do Cuzco, Pisac, Urubamby, Aguas Calientes, by wreszcie stanąć na jednym z siedmiu nowych cudów świata – Machu Picchu.
Inkowie wierzyli, że każdy człowiek, zwierzę, drzewo czy góra ma swoją parę. Dlatego Peru najlepiej przemierzać we dwójkę.
Brzuch osła, jak mówią o pochmurnej, mglistej i szaroburej pogodzie mieszkańcy Limy, wisi tak nisko, jakby za chwilę miał na nas spaść. Gęsta mgła i mżawka, nazywane tu camanchaca, to znak, że w Peru trwa jeszcze zima. – Ale za kilka dni nadejdzie wiosna, a wiosną w Limie świeci słońce – zapewnia Anibal Canchaya Moya, u którego zatrzymujemy się na pierwsze noce. – Skoro jest brzydko, to będzie i ładnie, do pary – filozofuje. Jest niski i drobny, jak inni Indianie z gór. Ubrany w białą koszulę i skórzaną kurtkę; siwe włosy do ramion utrzymuje w porządku kolorowa wełniana przepaska. Anibal odżywia się wyłącznie owocami i popija je wodą z oceanu zmieszaną z mineralną z supermarketu. – Nic więcej mi nie trzeba – mówi.
Lima to jedynie krótki przystanek w naszej wyprawie. Stolica i największe miasto Peru ma widok
z malowniczych klifów na Ocean Spokojny. Wieki temu nazywana była Miastem Królów. Założył ją w 1535 r. Hiszpan Francisco Pizarro, konkwistador, który podbił imperium Inków. Na spacerze po historycznym centrum miasta jest uroczo, nawet z wiszącym nad głową brzuchem osła doprawianym unoszącymi się w powietrzu spalinami. Przemierzamy jeden po drugim place z ich pomnikami, rzeźbami, fontannami, mijamy barokowe i secesyjne kamienice z ażurowymi balkonami. Anibal służy nam za przewodnika i wskazuje kolejne budynki. Z wełnianego, kolorowego woreczka przewieszonego przez ramię wyciąga liście koki. Żuje je regularnie, bo jak przekonuje, dobrze mu to robi na trawienie i dodaje siły.
Na Plaza Mayor, centralnym placu miasta m.in. z katedrą i pałacem rządowym, robimy przerwę. Anibal uśmiecha się spokojnie i postanawia dać nam lekcję peruwiańskiego savoir-vivre’u. Częstuje nas po prostu liśćmi ze swojego woreczka. To koka kintucha, czyli koka do poczęstowania – ważny rytuał podczas spotkań towarzyskich. Oczywiście próbujemy liści,
z których Peruwiańczycy parzą herbatę, dodają do potraw, sporządzają nalewki. Dla naszego, europejskiego podniebienia są gorzkie i cierpkie.
Właściwie w Limie jesteśmy dla złota. Museo Oro del Perú jest jedną z największych tutejszych atrakcji, drugim co do wielkości muzeum złota na świecie. W latach 60. założył je Miguel Mujica Gallo, dyplomata, biznesmen i spadkobierca jednej z największych fortun w Peru. Zgromadził on absolutnie wyjątkową kolekcję: ponad 7 tys. przedmiotów – prekolumbijskich klejnotów, kamieni, ceramiki, naszyjników, broni, przedmiotów ceremonialnych prainkaskich cywilizacji. Są też ozdobne maski pogrzebowe, złote tuniki, czapki z ludzkich włosów, ozdoby z piór i pismo węzełkowe kipu. Oprócz złota jest potężny zbiór broni z całego świata, mundury południowoamerykańskich dyktatorów. Kolekcja mieści się w budynku ze zbrojonego betonu. Drzwi do muzeum są jak sejf potężnego banku. – Kilka lat temu pojawiły się informacje, że większa część kolekcji jest fałszywa, jednak potomkowie założyciela zaprzeczają – zaznacza Anibal. Jest w Limie jeszcze jedno miejsce, które polecamy. To kościół i klasztor San Francisco, gdzie wisi obraz ze sceną Ostatniej Wieczerzy. Apostołowie jedzą na niej cuy chactado – pieczoną świnkę morską (tutejszy przysmak) i piją cziczę, peruwiański napój ze sfermentowanej kukurydzy, ze złotych inkaskich pucharów keros.
W Cuzco niebo jest inne. Czyste i tak intensywnie niebieskie, że po wyjściu z samolotu mrużymy oczy. W Andach, na wysokości 3326 m n.p.m., brzuch osła zniknął. Nie mamy też objawów choroby wysokościowej, którą wszyscy straszą przed wyjazdem do Peru. Jesteśmy w krainie Inków.
Cuzco założył w XII w. pierwszy ich władca Manco Capaca. To stąd wyrusza się do Świętej Doliny, która dla Inków była niebiosami na ziemi, jądrem potężnego imperium, którym rządziło 13 inkaskich władców. Jeden z nich, dziewiąty król Inków (Sapa Inka) Pachacutec, uznawany za twórcę inkaskiej potęgi, nadał Cuzco dzisiejszy kształt świętej pumy. Miasteczko jest urocze. Nad wąskimi brukowanymi uliczkami wiszą kolorowe drewniane balkony.
Scenografię dopełniają pstrokate jak nasze łowickie pasiaki stroje Indianek z ludów Keczua. Kobiety w wielobarwnych tkanych spódnicach ułożonych kilkoma warstwami, z długimi czarnymi warkoczami i w twarzowych cylindrach, sprzedają na ulicach rękodzieło: bransoletki, chusty, obrusy, drewniane maski, kolorowe paski, rękawiczki, szaliki i znane u nas czapki uszatki. Są też sprzedawcy obrazów i instrumentów muzycznych. Idziemy o zakład, że na zakupach w Cuzco spędzicie więcej czasu niż na zwiedzaniu tutejszych zabytków.
Rankiem z dawnego klasztoru Karmelitów (XVI w.), w którym dziś mieści się hotel Palacio Nazarenas, spacerem docieramy do dworca, z którego odjeżdżają busy do Pisac – 32 km od Cuzco. Są tu jedne z najciekawszych ruin inkaskich. Przez strome ścieżki i ogromne poinkaskie tarasy uprawne, które dziś wyglądają jak starorzymski amfiteatr albo – patrząc z dołu – jak schody do nieba, docieramy do fortu górującego nad miasteczkiem. Inkowie do perfekcji opanowali budowlany kunszt. Badacze ich kultury wciąż nie do końca wiedzą, jak udawało się im wciągać kilkutonowe głazy na wzgórza. Nie znali przecież koła. Tymczasem w Pisac znajdziecie ślady świątyni słońca, która była obserwatorium astronomicznym, świątyni księżyca i ceremonialnych łaźni. Jest też Intihuatana – słup, do którego Inkowie „przywiązywali” słońce, aby nie uciekło. Po kilkugodzinnym trekingu schodzimy wprost na lokalny targ. Spieszymy się do autobusu, w biegu kupujemy kapelusze z alpaki. Autobus wiezie nas w kierunku Ollantaytambo, skąd pociągiem wyruszymy do Aguas Calientes, miasteczka położonego poniżej Machu Picchu.
Po drodze mijamy Urubambę, której mieszkańcy sadzą ponad 200 rodzajów ziemniaków, kilka gatunków kukurydzy i rosnącą w Andach komosę ryżową. Praca wre, zbiory odbywają się kilka razy w roku.
Tymczasem autobusem trzęsie niemiłosiernie, z głośników na cały regulator płyną hiszpańskie piosenki o miłości. Niestety ten „koncert” trwa ponad godzinę, na szczęście kolejne dwie – w pociągu – są spokojniejsze. Później godzinna wspinaczka i stajemy przed wejściem na Machu Picchu.
Dobry los nam sprzyja. Zaginione miasto Inków dziś wyjątkowo nie tonie we mgle. Jak na zawołanie rozstępują się też chmury, by Machu Picchu mogło nam się pokazać w pełnej okazałości. Jego wielkość, majestatyczność przerasta wcześniejsze wyobrażenia.
Dzieło Inków zbudowane na skale na wysokości 2350 m n.p.m. nad doliną rzeki Urubamba nigdy nie zostało odnalezione, jak inne miejsca w Peru, przez Hiszpanów. – I dobrze, bo zamiast poinkaskich ruin byłby tu pewnie kolejny kościół – słyszymy od przewodnika oprowadzającego po zabytkowych ruinach. Do dziś nie wiadomo, jaką funkcję pełniło Machu Picchu (w języku keczua – Stara Góra).
Archeologowie i historycy spierają się, czy było miejscem kultu, obserwatorium gwiazd czy rezydencją dziewiątego władcy Pachacuteca. Na pobyt w ruinach zarezerwujcie cały dzień.
Każdy szczegół pobudza tu niesamowicie wyobraźnię: schody, tarasy uprawne, fragmenty dzielnicy mieszkalnej, część królewska i świątynia słońca zbudowana na olbrzymiej wygładzonej skale. Będziecie chcieli zajrzeć wszędzie, dotknąć każdego kamienia, wejść na Wayna Picchu (Młoda Górę) i wąską drogą nad przepaścią dotrzeć w pobliże mostu Inków.
Następnego dnia znów jesteśmy w drodze. Kolejnym celem na mapie Peru jest dla nas jezioro Titicaca. Podróż autobusem z Cuzco do Puno (3830 m n.p.m.), skąd wypływają łodzie na dzielone między Peru a Boliwię jezioro, zajmuje cały dzień. Po drodze zatrzymujemy się w Andahuaylillas, by zajrzeć do XVII-wiecznego kościółka zwanego Kaplicą Sykstyńską Ameryk. Jest w nim strop pokryty płatkami złota, malowidła ścienne i obrazy z życia św. Piotra. Dalej mijamy pastwiska lam i alpak.
Na kolejnym przystanku mamy okazję obejść ruiny świątyni Wirakoczy, uważanego w mitologii Inków i ludu Ajmara za stwórcę świata. Pogoda znowu dopisuje, zza szyb podziwiamy przełęcz La Raya, ośnieżone szczyty Andów z widoczną z daleka górą Chimpulla (5489 m n.p.m.). No i wreszcie dojeżdżamy do Puno.
Wczesnym rankiem siedzimy już w rikszy, która z hostelu Imperial w centrum miasteczka wiezie nas do portu. Po najwyżej położonym na ziemi jeziorze żeglownym i też największym zbiorniku wysokogórskim (3812 m n.p.m.) płynie się do innego świata – planety Indian Uro.
Mówią o sobie Kot-Suñ (synowie jeziora) i żyją na ponad osiemdziesięciu wyspach zbudowanych z trzciny totora. Mają na nich trzcinowe domy, kościół, sale spotkań, szkółkę. Mają też trzcinowe łodzie. Uro żyją z rybołówstwa i sprzedaży rękodzieła. Polują też na mewy, kaczki i flamingi, a na swych wysepkach wypasają bydło. Między domami jak wszędzie na świecie przechadzają się koty, które polują na szczury chowające się w zaroślach. Są też ibisy, które dostarczają jaj i mięsa, a na uwięzi z wełnianych sznurków – kormorany wykorzystywane przy połowach.
Jak ci ludzie znaleźli się na wodzie? Oni sami opowiadają, że są najstarszym ludem na ziemi, że byli, zanim pojawiło się słońce. Mówią też, że mają czarną krew, bo nie czują zimna i kiedyś wyglądali inaczej, mieli długie ramiona i nogi, a ich głowy były takie jak głowy kondorów czy pum.
– Ze stałego lądu na pływające wyspy uciekli przed wrogimi plemionami, m.in. Inków. A co do ich wyglądu, to jest tak, że człowiek z Andów normalnie jest niższy, im wyżej żyje nad poziomem morza. Genetyka może wyjaśnić więcej. Co do nieodczuwania chłodu, to też bajka. Często chorują na reumatyzm – opowiada przewodnik Aleksander Velarde.
Żyją nieco innym życiem, jednak mają takie same prawa jak mieszkańcy Peru. – Ale pomimo tego każdego roku na wyspach Uros wybierany jest mandatariusz nazywany przez Uro prezydentem, który zarządza społecznością. Stara się, aby wśród Indian nie było konfliktów – bo te czasami się zdarzają. Jednym z warunków, jaki musi spełnić przyszły prezydent, jest ten, by był żonaty, bo wtedy będzie lepiej rządził – tłumaczy Aleksander. Tak, wiemy. Przecież w Peru wszystko musi być dwoiste.
Na jednej z wysp – zazwyczaj mieszka na nich po osiem spokrewnionych ze sobą rodzin – okrzykiem „Kamisaraki!” i podaniem ręki przybyszów witają niziutkie Indianki w kolorowych sukniach do ziemi i w jaskrawych kamizelkach. Nazywane są kwiatami (o panach mówi się tutaj kaktusy), chociaż nam bardziej przypominają lukrowane babki. Zapraszają do obejrzenia ich domostw i zakupu wyplatanych kolorowych mis, łódeczek i naszyjników.
Indianki wstają jeszcze przed wschodem słońca i przygotowują wyspę na odwiedziny turystów, jeśli akurat na nich przypada kolejność. W tym czasie mężczyźni wypływają na łowy albo do pracy w Puno. A gdy ciekawscy z nowoczesnego świata odpłyną, zabierają się do naprawiania wyspy (kolejna warstwa trzciny musi być układana co dwa tygodnie), haftowania, gotowania i zabawy z dziećmi. Przed zachodem słońca jedzą razem kolację, potem żują liście koki i coraz chętniej i szerzej otwierają okno na dzisiejszy świat – ten, który jest daleko poniżej ich trzcinowych wysp. Oglądają go w telewizji. Baterie słoneczne i prąd też już do nich dotarły.
Informacje praktyczne
Do Peru ajlepiej jechać w maju, wrześniu, październiku i listopadzie. W tych miesiącach w Peru pogoda jest ładna, często świeci słońce. Od czerwca do sierpnia sucho i słonecznie jest także na wyżynach i w dżungli.
Wiza nie jest wymagana, jeśli przyjeżdżamy do Peru na nie więcej niż 90 dni.
Walutą jest sol; 1 PEN = 1,16 zł.
Do Peru dolecimy m.in. linią lotniczą Iberia. Oferuje ona bardzo tanie bilety lotnicze z Hiszpanii, najczęściej z Malagi lub Madrytu. Bilet w klasie ekonomicznej można znaleźć już za 1 tys. zł. Trzeba do niego doliczyć podróż z Polski do Hiszpanii np. linią lotniczą Airberlin z Warszawy
z przesiadką w Berlinie. Za bilet kupiony z wyprzedzeniem zapłacimy ok. 500 zł. Szczegóły: iberia.com, airberlin.com.
Po Peru najszybciej przemieszczać się samolotami, np. linią Peruvian Airlines, peruwian.pe. Bilet na trasie z Limy do Cuzco i powrotny z Juliaki (obok Puno)do Limy to wydatek ok. 450 zł. Podróż z Cuzco do Puno można także odbyć autobusem z siedzeniami lotniczymi i wi-fi. Podróż trwa cały dzień. Bilet na osobę to wydatek ok. 150 zł. Sprawdzone biuro: Maria Kralewska Turismo Aventura, peru-wakacje.pl.
Najtańsze są hostele, często w cenę noclegu wliczone jest śniadanie i bezpłatny dostęp do internetu. Np. w Puno nad jeziorem Titicaca spaliśmy w hostelu Imperial przy ul. Jr. Teodoro Valcalcer 145, e-mail: imperial_hostal_puno@yahoo.com. Za pokój dwuosobowy za noc płaciliśmy 90 zł. W Cuzco ceny hosteli i hoteli zaczynają się od ok. 70 zł. Warto chociaż jedną noc spędzić w luksusowym hotelu urządzonym np. w dawnym zakonie czy monastyrze: np. w hotelu Belmond Palacio Nazarenas czy Belmond Hotel Monasterio, belmond.com. Jednak na nocleg w tych miejscach wydacie co najmniej kilkaset zł.
Ziemniaki, kukurydza, orzeszki ziemne, kinua i owoce morza w Peru są najlepsze na świecie. Podobnie jak owoce, które należą do najtańszych przekąsek. Bardziej odważni mogą spróbować świnki morskiej, która jest peruwiańskim przysmakiem (10 października obchodzone jest święto świnki morskiej).
Peru słynie z kolorowego rękodzieła. Ceny np. wełnianych opasek na rękę zaczynają się od złotówki.
Michał Cessanis, Agnieszka Franus, National Geographic Traveler nr 01/2015
















