Nazywane są wood apple, a po polsku – feronią słoniową. Niezwykłe owoce w twardej łupinie sprzedawane na lokalnych targowiskach Sri Lanki. Za każdym razem te kule przypominające jabłka, ale w kolorze ziemniaka, przykuwały moją uwagę. Aż wreszcie je spróbowałem.

Żeby się do nich dobrać, trzeba rozłupać jak kokosa. Najlepiej uderzając nożem lub kamieniem, albo – tak jak ja – próbować dobrać się scyzorykiem, co zabiera znacznie więcej czasu (może mogłem rzucić tym twardzielem o ziemię?). Po otwarciu najpierw wydobywa się odrzucający zapach. Mnie przypominał pleśniejący ser wymieszany z rodzynkami. Podobno im intensywniejszy, tym lepiej – gwarantuje, że owoc jest dojrzały, idealny do zjedzenia.
Jeśli przejdziecie ten etap, gwarantuję że kolejne doznania będą lepsze. Słodko-kwaśny, cierpki miąższ wybiera się łyżeczką. Dla polepszenia smaku Lankijczycy dodają trochę cukru. Wood apple da się zjeść!
Ale dla wyspiarzy feronia słoniowa to nie tylko owoce. Otóż w porze deszczowej nacinają korę drzew, by pozyskać żywicę zastępującą gumę arabską. I wykorzystują ją do produkcji klejów czy farb. Cenne jest też drewno, z którego wykonują tradycyjne ozdoby, zaś z korzenia i olejów cytrusowych wytwarzają… maść przeciw komarom. Problem jednak w tym, że ów środek, choć odstrasza owady, to wywołuje reakcje fotochemiczne i odbarwia skórę!

